Z jednej strony postrzegani jako „wschodząca gwiazda” Europy, z drugiej – niemal niewidoczni w globalnych statystykach patentowych. Dziś dotyczy to także technologii kwantowych. Sławomir Soszyński, wieloletni szef IT w największych instytucjach finansowych, tłumaczy, dlaczego Polska musi przestać skupiać się na teorii, a zacząć kształcić inżynierów kwantowych, by nie stać się jedynie rynkiem zbytu dla technologii z USA czy Chin.

Szymon Augustyniak: Często słyszymy, że Polska „stoi fizyką kwantową”, a nazwiska naszych profesorów są rozpoznawalne na świecie. Jednak w niedawnym prestiżowym wydawnictwie „Who is who in quantum” ONZ z okazji 100-lecia teorii kwantowej, polskich nazwisk zabrakło. Z czego wynika ten paradoks?
Sławomir Soszyński: To rzeczywiście paradoks. Polacy w świecie kwantowym istnieją i jest to bardzo mocna obecność, ale głównie w sferze teoretycznej i akademickiej. Nasz system jest stworzony do produkowania publikacji naukowych, a nie do budowania technologii. Globalne raporty pokazują gotowość systemów do komercjalizacji, a tu wypadamy słabiej. Tylko 6% światowych patentów w obszarze quantum pochodzi z Unii Europejskiej, a udział Polski jest w tym jeszcze mniejszy. Jesteśmy dostarczycielem talentów, ale nie jesteśmy właścicielem systemu.
Właśnie dlatego powołałeś European Quantum Intelligence Foundation?
Tak, fundacja ma na celu budowę ekosystemu i społeczności inżynierów kwantowych. To słowo „inżynierów” jest kluczowe. Nie chcemy przyciągać tylko fizyków teoretyków, ale osoby, które potrafią przekuć odkrycia naukowe w konkretny, realny produkt – hardware’owy lub software’owy. Inżynierów nie buduje się wyłącznie na uczelni, oni tworzą się „na polu walki”, rozwiązując twarde problemy biznesowe.
W biznesie dużo mówi się o pojęciach „Quantum Supremacy” i „Quantum Advantage”. Dla managera brzmią podobnie. Jaka jest różnica?
Różnica jest fundamentalna dla biznesu. Quantum Supremacy (supremacja kwantowa) to moment, w którym komputer kwantowy robi cokolwiek, czego komputer klasyczny nie jest w stanie zasymulować – nawet jeśli to zadanie nie ma żadnej wartości praktycznej. Quantum Advantage (przewaga kwantowa) następuje wtedy, gdy komputer kwantowy rozwiązuje konkretny, użyteczny problem taniej, szybciej lub dokładniej niż metody klasyczne.
Abyśmy mogli mówić o realnym Quantum Advantage, muszą zostać spełnione trzy warunki.
Po pierwsze problem musi mieć realną wartość poza laboratorium (np. w chemii, finansach czy optymalizacji produkcji).
Po drugie, najlepsze algorytmy klasyczne muszą realnie przegrywać z alternatywą kwantową.
I oczywiście, wynik musi być powtarzalny i stabilny, a nie być tylko jednorazowym sukcesem laboratoryjnym.
Gdzie polskie firmy powinny szukać tych przewag w pierwszej kolejności?
Pierwsze komercyjne zastosowania, które realnie zmienią świat biznesu, pojawią się w chemii i farmacji. Procesy tam zachodzące są z natury kwantowe, więc komputery kwantowe idealnie nadają się do symulacji molekuł. Zamiast testować tysiące substancji na szalkach Petriego, będzie można robić to cyfrowo, co drastycznie obniży koszty i skróci czas R&D. Kolejny obszar to finanse – banki inwestycyjne takie jak Goldman Sachs czy JP Morgan już teraz intensywnie inwestują w algorytmikę kwantową, by optymalizować portfele czy szybkość obliczeń.
Czy Polska powinna zatem zbudować własny komputer kwantowy, by nie zostać w tyle?
Moim zdaniem – nie. Budowa komputera kwantowego to gra o miliardy dolarów, w której konkurują USA, Chiny czy potężne BigTechy. Polski na to nie stać i nie ma to sensu. Nasza szansa leży gdzie indziej. Powinniśmy wybrać dwie, trzy nisze, w których chcemy być mocni. Sensowne wybory to: oprogramowanie i algorytmika kwantowa, kryptografia postkwantowa, metrologia i sensoryka kwantowa.
Zamiast budować hardware, skupmy się na tym, co na tym hardwarze będzie działać. Korzystajmy z komputerów kwantowych udostępnianych w chmurze przez Google czy IBM, ale twórzmy własne, unikalne rozwiązania.
Wspomniałeś o strategii państwowej, której nie ma. Jak bardzo jesteśmy spóźnieni względem reszty świata?
Jesteśmy około 4-5 lat do tyłu pod względem braku decyzji i konkretnych działań. Sama strategia to oczywiście tylko dokument; za nią muszą pójść realne inwestycje w deeptech. Deeptech wymaga cierpliwych inwestorów i długiego procesu wytwórczego, opartego na wielu nieudanych eksperymentach. Szacowane nakłady na poziomie 1-2 miliardów złotych to w tej branży wciąż mało.
Jakie jest największe ryzyko dla naszej przyszłości, jeśli nie przyspieszymy?
Największym ryzykiem jest bierność. Jeśli nic nie zrobimy, złoto, które mamy w postaci talentów naszych matematyków i fizyków, po prostu rozejdzie się nam w rękach. Najlepsi wyjadą za granicę, a my staniemy się typowym rynkiem zbytu bez żadnej wartości dodanej. Za trzy lata będziemy już wyraźnie widzieć, jak bardzo odstajemy od reszty stawki. To ostatni moment, by wyłonić jasną wizję i postawić na współpracę, a nie na nierealną konkurencję z gigantami.
Wywiad odbył się w audycji Limes inferior w Radiu Wnet.


