Spis treści

Spis treści

Sztuczna inteligencja weszła do szkół tylnymi drzwiami, ale zamiast wspierać proces nauki, często służy do „chodzenia na skróty”. Dr Robert Trypuz, ekspert AI i badacz sieci semantycznych, proponuje rozwiązanie, które ma szansę to zmienić. Jego koncepcja asystenta ucznia, oparta na metodzie sokratejskiej, to nie tylko narzędzie edukacyjne, ale model demokratyzacji dostępu do wiedzy i ucywilizowania sposobu wykorzystania sztucznej inteligencji w polskiej szkole.

Szymon Augustyniak: Czy w polskiej szkole trwa właśnie „bunt maszyn”, czy może raczej wielka kapitulacja przed nową technologią?

Dr Robert Trypuz: Przede wszystkim AI jest już w szkołach, to fakt dokonany. Nie ma pytania „czy ją wpuścić”, bo ona tam jest obecna. Niestety, dominujący sposób jej wykorzystania można sprowadzić do hasła „wyręczanie się”. Uczniowie używają chatbotów do pisania wypracowań, rozwiązywania testów egzaminacyjnych w łazienkach czy tworzenia projektów. To w zasadzie prowadzi do zjawiska atrofii podstawowych zdolności kognitywnych. W popularnej wersji – „brain rot”. Paradoksalnie, technologia zamiast rozwijać, może więc uwsteczniać.

W odpowiedzi na ten kryzys stworzył Pan koncepcję „asystenta lekcyjnego”. Czym on się różni od popularnego ChatGPT?

To demo rozwiązania, które ma konkretny cel: pomóc uczniowi powtórzyć materiał w domu, ale bez podawania gotowych rozwiązań. Kluczem jest tu metoda sokratejska. Asystent nie rozwiązuje zadania za ucznia. Zamiast tego stawia pytania, naprowadza, „rodzi” wiedzę w człowieku, podobnie jak robił to Sokrates. Asystent towarzyszy w poszukiwaniach, co całkowicie eliminuje problem atrofii umiejętności.

W jaki sposób ten asystent wpisuje się w tradycyjny system nauczania oparty na podręcznikach?

To nie jest „disruption” w sensie niszczenia starego porządku, ale synergia. Asystent bazuje bezpośrednio na podręczniku i podstawie programowej. Chodzi o to, by uczeń pracował w domu z tą samą terminologią, którą słyszy od nauczyciela w klasie. Asystent potrafi powiedzieć: „Cześć Krzysiu, otwórz podręcznik na stronie 17, co widzisz na tym wykresie?”. Co więcej, jako rodzic i badacz nie chcę, by książki odeszły w niepamięć. Asystent zachęca do kontaktu z fizyczną książką i jej ilustracjami, autorską koncepcją kolejności wprowadzania pojęć, sposobu pogłębiania tematu.

Podręczniki więc zostają, ale czy nie ma obaw, że AI zastąpi nauczycieli?

Obiektywnie – rola nauczyciela w dobie AI rośnie, a nie maleje. Nauczyciel staje się mistrzem, przewodnikiem i tutorem. Także w mojej koncepcji.

Dzięki asystentowi, który opracuje lub powtórzy z uczniem podstawy w domu, nauczyciel w klasie może skupić się na motywowaniu i głębszych pytaniach. To narzędzie wyrównuje także poziom wiedzy w klasie, dając szansę tym, którzy nie nadążają lub byli chorzy. Nauczyciel zachowuje przede wszystkim kontrolę nad „sercem lekcji” – to on decyduje, jakie przykłady i treści znajdą się w asystencie.

Czy to faktycznie ma szansę działać w ten sposób? Jaki jest odbiór ze strony nauczycieli?

Tak, miałem okazję przedstawiać rozwiązanie nauczycielom i po wstępnych obawach, dostrzegli potencjał tego pomysłu. Przede wszystkim, jako możliwość ilustrowania własnymi, sprawdzonymi przykładami lekcji zawartej w podręczniku, rozwijania przykładów w sposób prowokujący ucznia do dalszych pytań, budzący w nim zainteresowanie, ciekawość. Bardzo dobrze też odbierany jest fakt możliwości dyskretnego ale dokładnego monitorowania postępów i kłopotów ucznia. Wiadomo więcej, na co zwrócić uwagę w szkole.

Porozmawiajmy o ekonomii tego rozwiązania. Ile kosztuje taka „godzina korepetycji” z AI?

To dobre porównanie, ponieważ asystent AI faktycznie zastępuje nie tyle nauczyciela, co korepetytora. Albo przynajmniej w dużej mierze wyręcza go.

Koszt twardy asystenta AI to wykorzystanie dużego modelu językowego, rozliczane w tokenach. Wyliczyłem, że godzinna lekcja z asystentem kosztuje tyle, co kaucja za butelkę plastikową, czyli około 50 groszy. Porównajmy to z profesjonalnymi korepetycjami, które kosztują 100-200 zł za godzinę. To zasadnicza różnica w dostępności. To jest w moim przekonaniu faktyczne, praktyczne i rzetelne, bo nie proponujące dróg na skróty, demokratyzowanie dostępu do wiedzy.

A co z bezpieczeństwem i kwestiami etycznymi? Co jeśli uczeń w rozmowie z AI zasygnalizuje kryzys psychiczny?

To bardzo istotny aspekt projektu i w moim przekonaniu istotna przewaga nad relacją uczeń-korepetytor. Definicja asystenta to osiem stron instrukcji określających, jak ma się zachować w sytuacjach kryzysowych.

W skrócie, jeśli na przykład uczeń napisze, że „nikt go nie lubi” lub „nie chce mu się żyć”, asystent nie podejmuje dyskusji filozoficznej. Odpowiada: „Widzę, że masz trudność, porozmawiaj z rodzicem lub zadzwoń pod ten numer zaufania” i przerywa lekcję. Jest też zaprojektowany tak, by być cierpliwym i wspierającym, reagując na irytację ucznia zmniejszeniem dawki materiału. Jest więc empatyczny, dostosowuje się do nastroju. Zaryzykowałbym tezę, że wykazuje więcej cierpliwości niż przeciętny rodzic pomagający po lekcjach w domu swojemu dziecku (śmiech).

Jak wygląda kwestia praw autorskich do podręczników wykorzystywanych przez AI?

Obecnie szkoły mają prawo tworzyć materiały na własny użytek wewnętrzny w oparciu o podręczniki. Jeśli rozwiązanie miałoby stać się komercyjne, konieczna byłaby ścisła współpraca z wydawnictwami, co zresztą uważam za kluczowe, by uniknąć tzw. halucynacji AI. Precyzyjna treść podręcznika w „prompcie” gwarantuje, że asystent nie będzie zmyślał faktów.

Na jakim etapie jest ten projekt i kiedy może trafić do szkół?

Trudno to w tym momencie określić. Jestem przekonany, że to narzędzie jest potrzebne pilnie, ale zdaję sobie sprawy, że materia edukacyjna jest po prostu delikatna.

Mamy na razie demo i, jak wspomniałem, bardzo entuzjastyczny odbiór ze strony nauczycieli z liceów, z którymi rozmawiałem. Zainteresowanie wyraził też Instytut Badań Edukacyjnych, oferując wsparcie w badaniu skuteczności. Najważniejsi są jednak nauczyciele – to oni muszą uznać, że to narzędzie ich wspiera, a nie utrudnia pracę. To nie jest ponadto „pudełkowy produkt”, ale proces, w który chcemy zaangażować całe społeczności szkolne, w tym uczniów. W efekcie kazda szkoła miała by własną wersję, bliższą oczekiwaniom i pomysłom swojej społeczności, np. mogliby dodawać własne elementy grywalizacji.

Wywiad odbył się w audycji Limes inferior w radio Wnet.

Wróć na górę strony